Wojna w sferze symboli

7 stycznia 2009

W doskonałym artykule w Gazecie Wyborczej aktualny konflikt (wojnę?) w Strefie Gazy przez pryzmat działań medialnych Izraela.

Izrael ma bowiem ten problem, co wszyscy agresorzy1 od czasu zaistnienia faktycznie masowych mediów – obrazy niewinnych ofiar wśród ludności cywilnej przeciwnika (których nie da się przecież uniknąć w żadnym konflikcie zbrojnym) oraz doniesienia o ofiarach wśród “naszych” chłopców, którzy pojechali na wojnę, trafiają do opinii publicznej – krajowej i zagranicznej (a z powodu uwarunkowań politycznych to właśnie z zagranicznymi reakcjami Izrael musi się szczególnie mocno liczyć). Już Napoleon zauważył, że “trzy nieprzychylne gazety są groźniejsze niż tysiąc bagnetów”.

Z artykułu Wróbla można wnioskować jednak, że Izrael pod względem medialno – pr-owskim przygotował się do tej wojny najlepiej w historii współczesnych konfliktów zbrojnych. Izreaelscy politycy i wojskowi posługując się płynnym arabskim tłumaczą swoje racje w telewizjach Al Jazeera i Al Arabiya (rzecz jeszcze niedawno nie do pomyślenia), w ciągu 48-godzin od nalotów uruchomiono ('/outbound/www.youtube.com');">specjalny kanał na YouTube zawierający raporty z działań wojskowych, izraelskie telefonie komórkowe udostępniają abonentom specjalne serwisy informacyjne etc. – ponownie odsyłam tutaj do oryginalnego tekstu, bo jest naprawdę wart lektury.

Warto przy tej okazji wspomnieć o rosnącej roli mediów i generalnie przestrzeni symbolicznej w konfliktach zbrojnych, do której przenosi się coraz większa część działań – od relacji telewizyjnych, po ataki hakerskie na serwisy internetowe wrogiego państwa.

Pierwszą “wojną medialną”, czy też “wojną telewizyjną”, był pierwszy konflikt w Zatoce Perskiej. Kulisy obustronnej wojny medialnej świetnie opisuje Rafał Willa w tekście ('/outbound/www.dialogi.umk.pl');">Dezinformacja, propaganda, walka psychologiczna podczas konfliktu w Zatoce Perskiej 1990–1991, warto jednak dodać, że strona amerykańska jednoznacznie zdominowała przekaz i odbiór wojny w świecie zachodnim – co więcej, to wojskowi poprzez ścisłą i przemyślaną kontrolę mediów narzucili w pełni opinii publicznej swoją wizję.
Jean Baudrillard nazwał wojnę w Zatoce “nie-wydarzeniem” – Sławoj Žižek odczytuje to w ten sposób, że “traumatyczne obrazy pokazujące Realność tej wojny były totalnie cenzurowane”.2 Paul Virillio z kolei stwierdził, że “wojna ta fizycznie odbyła się w Kuwejcie, ale równocześnie rozgrywała się na całym świecie. Miejscem ostatecznego zwycięstwa było nie pole zmagań, ale ekran”.2

O ile w Zatoce walczyli jednak – również – żywi żołnierze z krwi i kości, o tyle amerykańska interwencja w Kosowie w roku 1999 była wojną kompletnie wirtualną – jak efektownie opisuje Edwin Bendyk, “ukryci za swą niewidzialną technologią z wysokości pięciu tysięcy metrów żołnierze (…) niczym greccy bogowie zsyłali gromy – inteligentne pociski, niosące boski komunikat (…).”3 Bendyk ponownie cytuje Žižka, który napisał, że wojna o Kosowo uległa nie tylko wirtualizacji, ale i karnawalizacji – armia serbska szybko schowała swoją broń i wystawiła na cel rakiet NATO tekturowe i plastikowe atrapy.
Jednym słowem – prawdziwa wojna nie odbywała się tutaj “w realu”, ale niemal w całości przeniosła się do mediów: oczywiście to Amerykanie zdominowali przestrzeń symboliczną, ale warto przypomnieć, że Serbowie emitowali m.in. utrzymane w konwencji MTV spoty których zadaniem było przekonanie zachodniej opinii publicznej o tym, że UÇK (Armia Wyzwolenia Kosowa), utrzymuje się z handlu narkotykami.

Szczytowym osiągnięciem wojny symbolicznej był jak na razie atak z 11 września 2001 – stosunkowo niskim nakładem terroryści byli w stanie nie tylko wprowadzić do primetime siebie i swoją sprawę, ale wpłynąć na kształt ogólnoświatowej polityki. Jak pisze Bendyk:

W przypadku 11 września apokaliptyczna rzeź była potrzebna, by przebić najbardziej nawet pomysłowe produkcje z Hollywood i najabsurdalniejsze reality show. Cel został zrealizowany – tragedia dostała primetime, wyzwoliła energię dziennikarzy i intelektualistów, którzy zaczęli żmudną robotę dekonstrukcji aktu zamachu i wprowadzenia go do powszechnego obiegu symboli zrozumiałych dla każdego: strachu, współczucia, winy i wstydu.4

('/outbound/talarek.blox.pl');">Marcin przypomniał mi jeszcze o niedawnym konflikcie gruzińsko-rosyjskim, podczas którego bardzo aktywni byli rosyjscy hakerzy, m.in. podmieniając stronę gruzińskiego MSZ na zestawienie zdjęć prezydenta Saakaszwilego i Hitlera – obraz ten następnie z upodobaniem wielokrotnie ('/outbound/www.vesti.ru');">transmitowała rosyjska telewizja pod pretekstem informacji o zhakowaniu serwisu. Dzięki temu prostemu zabiegowi Rosjanie mogli wprowadzić do “oficjalnego obiegu” materiały, które byłyby nie do zaakceptowania według tradycyjnych standardów dziennikarskich.

1 To, kto jest agresorem w tym konflikcie, przekracza z oczywistych powodów tematykę tego bloga – nazywam tak jednak Izrael z powodu przytłaczającej przewagi oraz  użycia regularnej armii.
2 Edwin Bendyk, “Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności.”, str. 96
3 Edwin Bendyk, op. cit., str. 100
4 Edwin Bendyk, op. cit., str. 108

Aktualizacja:

What all this shows us is how well Israel understands how western media works, how best to utilise its blind spots and prejudices. Israel clearly has the vision, the networking capacity and the resources to use world media to full effect. If I were the marketing manager of an ailing global product, I’d be taking notes. And we can only wonder what such talents could achieve if only the end goal were really peace, not war.

('/outbound/www.guardian.co.uk');">“Winning the media war”, Rachel Shabi, guardian.co.uk; całość warta lektury

Dokąd prowadzą nas media?

25 września 2007

Przepaść między bogatymi i biednymi jest ogromna, ale między mającymi kontakt z siecią i tymi, którzy nie mają takiego połączenia, jest jeszcze większa.

('/outbound/wo.blox.pl');">Wojciech Orliński na początku roku ('/outbound/gospodarka.gazeta.pl');">zachęcał do równoczesnej lektury “Kultury konwergencji” Henry’ego Jenkinsa i “Dokąd prowadzą nas media” Krzysztofa Teodora Toeplitza. Obaj autorzy starają się bowiem odpowiedzieć na podobne pytania z odmiennych, aczkolwiek uzupełniających się perspektyw – Toeplitz zmiany w systemie medialnym analizuje niejako “z góry”, koncentrując się głównie na związkach środków przekazu z polityką i kapitałem, podczas gdy Jenkins przygląda się raczej oddolnym inicjatywom użytkowników nowych mediów, w nich upatrując widoku na kulturę konwergencji.

Przede wszystkim jednak, porównanie obu lektur jest ciekawą ilustracją powyższego cytatu z “Wieku dostępu” J. Rifkina. Orliński, pisząc o “Dokąd prowadzą nas media”, zwraca uwagę czytelników na widoczną u Toeplitza nieporadność w posługiwaniu się językiem nowych mediów. Napomina zresztą o tej przypadłości tzw. digital immigrants sam Toeplitz. Niestety, czyni to w kontekście tematu gier sieciowych, bez głębszej refleksji nad wpływem tego problemu na jego własną percepcję nowych mediów.

Toeplitz zdaje się nie zauważać, że kultura internetu jest zupełnie odmienna od kultury masowej, której analizie w dużej mierze poświęcona jest jego książka. W końcowym rozdziale, podczas rozpatrywania mitu globalnej wioski, wielokrotnie przywołuje on obraz gracza “obcującego z wirtualną rzeczywistością”, wobec której “przysługuje mu prawo wszechmocy” niewymagającej “współdziałania z kimkolwiek”, w której “wszystko zależy od arbitralnych decyzji podejmowanych w faktycznej samotności” a “sukces zależy wyłącznie od niego samego”. Pomija Toeplitz przy tym zupełnie fenomen gier sieciowych, w których sukces zależy od współpracujących ze sobą graczy.

Toeplitz wrzuca bowiem do jednego worka telewizję, radio i Internet, nie dostrzegając, że ten ostatni jest czymś więcej niż tylko jednym z mediów elektronicznych, co w konsekwencji prowadzi do konstatacji, iż “nie ma żadnych gwarancji, że wprowadzi nas ona [sieć internetowa] w nową formację kulturalną”.:

Nie można zrozumieć kultury telewizyjnej i gwałtownego jej rozkwitu, jeśli nie uświadomimy sobie, że sam wynalazek telewizji – czy też szerzej: epoki środków elektronicznych, do których należy także radio, komputer i Internet – związany jest ze społeczeństwem zewnątrzsterownym, stając się jego wyrazem i instrumentem.

Nie zauważa, że nowe media elektroniczne nie wpisują się w potrzeby człowieka zewnątrzsterownego, “żyjącego wśród jasno sformułowanych reguł i wyraźnie kierowanych bodźców dotyczących zachowania się w życiu praktycznym”, potrzebującego “takich samych wskazówek i bodźców dotyczących sfery emocjonalnej i imaginacyjnej”.

Uważna lektura, zawartego w książce i świetnego skądinąd, szkicu historii mediów, zmusza zaś do banalnego stwierdzenia, że współczesna sieć ma w sobie nie tylko wiele cech tradycyjnych mediów elektroniczych, lecz chociażby, istotnych z punktu widzenia badania zmian kulturowych, właściwości prasy.

W rozdziale “Prasa: wzlot i upadek opinii publicznej” Toeplitz pisze np. o “ogromnie uproszczonym, a także, zwłaszcza w obecnych czasach, coraz dalszym od prawdy” poglądzie głoszącym, iż “wszelki rozwój środków przekazu i ich coraz większy zasięg utożsamiany jest z postępami demokracji”. Powołuje się przy tym na, zmieniający się od przełomu XIX i XX stulecia, “charakter, a także cele prasy” (rozumiane pierwotnie jako wyraz opinii publicznej), w wyniku sytuacji, w której “wydawanie gazet stało się domeną wielkiego kapitału”.

Tymczasem, kilka rozdziałów dalej, gdy Toeplitz wspomina o blogach, nie znajdujemy już oczywistego porównania tej formy publikacji do pierwszych gazet, które “były z zasady inicjatywą poszczególnych osób, które pełniły równocześnie trzy funkcje – wydawcy, redaktora i autora” i jakiejkolwiek refleksji nad wpływem tych elektronicznych odpowiedników pierwszych periodyków na demokratyzację przekazów medialnych.

Co więcej – wg Toeplitza “wątpliwe jest czy sama sieć jest rzeczywistym przekaźnikiem treści mogących wpłynąć na czyjś sposób myślenia czy postawę, tak jak może się to zdarzyć w wypadku lektury książek, prasy, pod wpływem filmu lub telewizji”.

Analizując dosyć dokładnie przykłady takiego wpływu ze strony mediów tradycyjnych powołuje się on na współczesnych idoli społeczeństwa zewnątrzsterowanego: gwiazdy show businessu, sportu czy polityki, na wzór których odbiorcy medialnych przekazów starają się kształtować swoje postawy. Tymczasem warto tutaj przytoczyć słowa Manovicha, który w “Języku nowych mediów” pisał:

Interaktywne media komputerowe doskonale wpisują się w tendencję eksternalizowania i uprzedmiotowienia operacji myślowych. Sama zasada hiperłączy, stanowiąca podstawę mediów interaktywnych, uprzedmiotawia proces kojarzenia, często uważany za kluczowy dla ludzkiego myślenia. Procesy mentalne – refleksja, rozwiązywanie problemów, zapamiętywanie i kojarzenie zostają zeksternalizowane, sprowadzone do wybrania łącza, przejścia na inną stronę, wybrana nowego obrazu lub nowej sceny. (…) Mówiąc inaczej, zgodnie z uaktualnioną wersją koncepcji >>interpelacji<< wprowadzonej przez francuskiego filozofa Louisa Althussera - jesteśmy zmuszeni do wzięcia struktury czyjegoś umysłu za własny.

Jest to nowy rodzaj identyfikacji, właściwy dla informacyjnej ery wysiłku poznawczego. Kulturowe technologie społeczeństwa industrialnego - kino i moda - skłaniały nas do identyfikacji z czyimś cielesnym obrazem. Media interaktywne skłaniają nas do identyfikacji z czyjąś strukturą mentalną. Widz kinowy, kobieta czy mężczyzna, pożądał i próbował naśladować ciało gwiazdy filmowej, natomiast użytkownik komputera skłaniany jest do podążania mentalnym torem twórcy nowych mediów.

Brak również u Toeplitza istotnego spostrzeżenia, iż w przeciwieństwie do słuchaczy radia czy widzów telewizji, użytkownik Internetu podobnie jak czytelnik gazety, “wybiera interesującego go informacje” mając wpływ na “uszeregowanie i porządek” odbieranych komunikatów.

Autor “Dokąd prowadzą nas media” powołuje się wreszcie na argument, iż “entuzjaści sieci, zachęcając do niej osoby niewciągnięte w tę społeczność, główny akcent kładą na wygodę – pozyskiwania informacji, przesyłania wiadomości, dokonywania rezerwacji czy zakupów”, nigdy zaś wg jego doświadczeń nie powołując się na charakterystyczną przy polecaniu książek, filmów czy widowisk teatralnych, jakość i wartość umysłową ich zasobów. Ów argument Toeplitza, który sam zresztą przyznaje, że komputer służy mu jako “maszyna do pisania i przechowalnia napisanych już tekstów”, ukazuje przede wszystkim wpływ braku osobistego doświadczenia związanego z sieciowymi interakcjami na powierzchowny osąd przydatności danego medium.

Jest to tym ciekawsze, gdy porównamy sposób w jaki Toeplitz opisuje nowe media z jego refleksją nad dwuznacznym charakterem rewolucji kulturalnej wywołanej rozprzestrzenianiem się telewizji jako dominującego środka przekazu drugiej połowy XX wieku:

Jest to paradoks każdego w istocie poszerzenia się granic demokracji, a więc także otwarcia dostępu szerokim masom odbiorców do strzeżonych dotąd przez wąskie elity wartości kulturalnych. Nowicjusze kultury nie przejmują bowiem wszystkiego, co pieczołowicie przechowywali i strzegli ich poprzednicy, nie podzielają także ich atencji dla tradycyjnie uznawanych wartości. Podobnie jak przybyli na tereny Imperium Rzymskiego barbarzyńcy nie szanowali zastanych tu rzeźb czy obiektów sztuki, nie rozumiejąc ich sensu ani potrzeby albo jak wraz z Wielką Rewolucją Francuską zniszczeniu uległy wyrafinowane style artystyczne i formy obyczajowe dawnej elity, tak rewolucja telewizyjna była i jest nadal zarówno upowszechnieniem, jak i deformacją kultury.

Czytając “Dokąd prowadzą nas media” trudno nie zauważyć, iż jesteśmy świadkami sytuacji podobnej, z tą różnicą, że w miejsce barbarzyńców przybyłych na tereny upadającego cesarstwa rzymskiego, mamy do czynienia z przedstawicielem digital immigrants, nowicjuszem kultury konwergencji, którego narzędzia pojęciowe bardziej utrudniają niż ułatwiają zrozumienie nowego otoczenia.

ps. Notkę powyższą pierwotnie opublikowałem jakiś czas temu jako ('/outbound/kultura20.blog.polityka.pl');">komentarz na blogu ('/outbound/kultura20.blog.polityka.pl');">Kultura 2.0. Pomyślałem jednak, że część czytelnikow 29,99 trafiających do nas z wyszukiwarek może ona zainteresować – zwłaszcza tych, którzy nie zdążyli jeszcze zapoznać się z książką Toeplitza.

Zobacz także: “Kolonizują Internet!”

Kolejna konferencja Kultura 2.0

24 marca 2007

29,99 ponownie w roli słupa ogłoszeniowego:

26 kwietnia odbędzie się – tym razem we Wrocławiu – kolejna konferencja z cyklu Kultura 2.0. Wśród gości m.in.('/outbound/kultura20.pl');"> Alexander Bard, ('/outbound/pl.wikipedia.org');">Krzysztof Zanussi i ('/outbound/csw.art.pl');">prof. Andrzej Gwóźdź. Więcej informacji ('/outbound/kultura20.pl');">tutaj.

Lekcja Lonelygirl15

19 grudnia 2006

W styczniu powołując się na Manovich’a pisałem o tym, że wspólnym mianownikiem ruchów opierających się na nowych technologiach jest opór przeciwko zastanym, “sztucznym” konwencjom, dążenie do możliwie bliskiego rzeczywistości realizmu i opartej na nowych mediach, w pewnym sensie paradoksalnej, “bezpośredniości” (“immediacy”).

Tymczasem w grudniowym “Wired” ukazało się ('/outbound/www.wired.com');">interesujące cover-story rzucające trochę światła na problemy z jakimi w praktyce zmagają się twórcy treści udostępnianych i tworzonych za pomocą nowych technologii.

Artykuł pokazuje bowiem kulisy powstawania ('/outbound/www.youtube.com');">Lonelygirl15 – niesamowicie popularnej serii klipów publikowanych przez Miles’a Beckett’a i Ramesh’a Flinders’a na YouTube, które w ciągu ostatnich sześciu miesięcy w sumie obejrzano ponad 24 miliony razy.

Tekst jest interesujący z wielu względów. Chociażby dlatego, że unika on sensacyjnego tonu do jakiego mogą przyzwyczaić publikacje w temacie Lonelygirl15 (vide wątpliwy pod kątem praw autorskich ('/outbound/nt.interia.pl');">artykuł na Interii), koncentrując się za to na sylwetkach twórców i ich motywacji do tworzenia kolejnych odcinków serii.

Przede wszystkim jednak warto podczas lektury zwrócić uwagę na doświadczenia Beckett’a i Flinders’a ilustrujące przepaść jaka dzieli przedstawicieli nowych i starych mediów.

Beckett – zainteresowany tworzeniem interaktywnych historii, w których granica pomiędzy fikcją i rzeczywistością jest rozmyta a widzowie mogą współtworzyć uniwersum postaci poprzez publikowanie własnych utworów nawiązujących do oryginalnej fabuły – relacjonuje spotkanie z pracownikiem jednej z dużych amerykańskich sieci telewizyjnych. Wyraża przy tym przekonanie, że – w opozycji do postawy przedstawiciela nadawcy – internet jest czymś więcej niż tylko medium, które może co najwyżej wspierać promocję ramówki stacji:

It’s a new medium. It requires new storytelling techniques. The way the networks look at the Internet now is like the early days of TV, when announcers would just read radio scripts on camera. It was boring in the same way all this supplemental material is boring.

Namawia również do tworzenia contentu przygotowanego z myślą o nowym medium determinującym odmienne środki wyrazu (chociażby kwestię pracy kamery) i nowy sposób myślenia o konstruowaniu fabuły. Wreszcie – w sposób zdecydowany zwraca uwagę na niestosowność myślenia w kategoriach wyłączności (exclusive) w sieci, która z samej swojej natury powinna umożliwiać dzielenie się umieszczonymi w niej treściami.

Konfrontując to stanowisko z postawą manovich’owskich “fabryk mediów”, które funkcjonując według logiki społeczeństwa industrialnego koncentrują się na kwestii kontroli dystrybucji wytwarzanych przez siebie treści, łatwo można wyobrazić sobie skalę zmian jakich będziemy prędzej czy później świadkami.

Bo choć Beckett i Flinders jak dotąd nie podpisali kontraktu z żadnym z dużych nadawców (barierą wciąż jest odmienne postrzeganie internetu z perspektywy tradycyjnych mediów, które nie respektują zasad nim żądzących) to twórcy Lonelygirl15 tworzą kolejne odcinki coraz bardziej rozbudowanej opowieści z przekonaniem, iż jest to coś ważnego.

Koszty ich produkcji, oglądanych przez setki tysięcy internautów, pokrywają dochody z witryny ('/outbound/www.lonelygirl15.com');">Lonelygirl15.com. Oficjalna strona hostuje bowiem te same klipy, które można oglądać na YouTube. Różnią się one jedynie tym, że na końcu każdego jest reklama, która pozwala internautom śledzić dalsze losy głównej bohaterki Bree zaś autorom serii kontynuować eksplorację nowego, wciąż w pełni nieskolonizowanego terytorium.

ps. Publikacja niniejszej notki zbiega się w czasie z komentowanym w całej blogosferze ('/outbound/www.time.com');">tytułem “Person of the Year” nadanym przez ('/outbound/www.time.com');">magazyn Time wszystkim aktywnym użytkownikom nowych technologii informacyjnych. Rick Stengel – Managing Editor magazynu – w ('/outbound/www.time.com');">komentarzu do opublikowanych w numerze artykułów ilustrujących tak widoczne w mijającym roku zmiany w krajobrazie mediów, napisał:

“Journalists once had the exclusive province of taking people to places they’d never been. But now a mother is Baghdad with a videophone can let you see a roadside bombing, or a patron in a nightclub can show you a racist rant by a famous comedian. These blogs and videos bring events to the rest of us in ways that are often more immediate and authentic that traditional media. These new techniques, I believe, will only enhance what we do as journalist and challenge us to do it even more innovative ways.”

A więc wracamy tym samym do twierdzenia o charakteryzującym nowe media oporze wobec sztuczności i dążeniu do “bezpośredniości”. Można wprawdzie chwilę zawahać się mając w pamięci burzliwe publikacje z sierpnia, gdy okazało się, że Lonelygirl15 jest reżyserowane. Nie zmienia to jednak faktu, że internautom to wcale nie przeszkadza – wciąż chcą oglądać Bree a nawet z nią korespondować. Najwidoczniej mimo wszystko wydaje się im bliższa niż bohaterowie jakiejkolwiek opery mydlanej nadawanej w telewizji.

Zobacz więcej:
('/outbound/www.wired.com');">Wired: “The Secret World of Lonelygirl”
('/outbound/en.wikipedia.org');">Wikipedia: “Lonelygirl15″
('/outbound/www.youtube.com');">YouTube: “Lonelygirl15″

W klatce nowych mediów

14 grudnia 2006

(…) 2,5 mln lat temu miało miejsce szalenie interesujące wydarzenie w historii ewolucji. Wtedy po raz pierwszy obrobiono kamienie, by za ich pomocą rozdrobnić pożywienie. Proces, który normalnie przebiega wewnątrz ciała, został przeniesiony na zewnątrz. Myślę, że jeśli istniał początek ludzkości, to był ten moment. (…)

Powyższy cytat pochodzi z wywiadu z Friedmannem Schrenkiem (tygodnik “Forum” nr 32/33, za “Süddeutsche Zeitung”). Niemiecki paleontolog tłumaczy w nim, iż jednym z kamieni milowych ewolucji, w którym “człowiek zaczął wyzwalać się z bezpośredniego związku z naturą”, było powstanie techniki. Zwraca też między innymi uwagę na to, że w miarę uniezależniania się od natury równolegle uzależniamy się od narzędzi, które nam do tego służą:

To wszystko zaczęło się w tej jednej chwili 2,5 mln lat temu. Wzrastająca niezależność od natury i jednocześnie postępujące uzależnienie od narzędzi to do dzisiaj ludzki konflikt. Należy o tym pamiętać, kiedy ludzie odnoszą się do techniki z niezrozumiałą wrogością. Powstanie techniki było zapłonem naszej ewolucji. Człowiek zaczął się wyzwalać z bezpośredniego związku z naturą. Tak jak Adam i Ewa.

Schrenk w swojej wypowiedzi używa pojęcia “niezrozumiałej wrogości”. Wydaje się, że może tutaj chodzić o wrogość wynikającą z niezrozumienia. Zaproponowana przez niego definicja techniki (“przeniesienie na zewnątrz procesu, który normalnie przebiega wewnątrz ciała”) jest zresztą świetnym przykładem sposobu w jaki istotę mediów rozumiał (nomen omen) Marshall McLuhan, który mówił wręcz o “końcu ery neolitycznej w epoce elektryczności”:

(…) Po wielu tysiącach lat wykształcania wyspecjalizowanych nawyków, technologii oraz wytwarzania specjalistycznych narzędzi odkryliśmy obwód elektryczny. Tenże obwód przywiódł nas do końca ery neolitycznej. Przez cały czas jej trwania – także w jej końcowej fazie – dziewiętnastowiecznej epoce przemysłowej, zajmowaliśmy się specjalizacją, fragmentyzacją oraz rozwojem urządzeń będących ostatecznie przedłużeniem którejś z kończyn. Dzięki obwodom elektrycznym zamiast przedłużeń ręki, nogi czy ramion, możemy zaangażować cały nasz system nerwowy; trudno o większe zaangażowanie. (źródło: odczyt na konferencji Vision 65, za “McLuhan. Wybór tekstów”)

Kanadyjski badacz mediów w swoich pismach wielokrotnie podkreślał przekonanie o “paraliżującym wpływie” nowych technik “drastycznie poszerzających nasze zmysły”:

(…) wszystkie media, od alfabetu fonetycznego do komputera, są takimi przedłużeniami zmysłów człowieka, które wprowadzają głębokie i trwałe zmiany w nim samym, a także przekształcają jego środowisko. Takież przedłużenie powoduje zintensyfikowane, rozwinięcie organów, zmysłów czy funkcji, a gdy tylko ono następuje, centralny układ nerwowy w celu samoobrony zdaje się paraliżować zaatakowany obszar, izolując go i znieczulając – wyklucza to uświadomienie sobie przyczyny dolegliwości. Proces ten przypomina to, co dzieje się z ciałem w warunkach szoku bądź stresu, albo to, co dzieje się z umysłem wedle Freudowskiej koncepcji represji. Tę szczególną formę samohipnozy nazywam narcystyczną narkozą, syndromem, w ramach którego człowiek pozostaje tak samo nieświadomy psychicznych i społecznych skutków działania nowej techniki, jak ryba jest nieświadoma wody, w której pływa. (źródło: wywiad / “Playboy” / marzec 1969, za “McLuhan. Wybór tekstów”)

Znajdujemy się więc w sytuacji, w której nie jesteśmy świadomi istoty zmieniającej się na naszych oczach rzeczywistości, choć niezaprzeczalnie mamy świadomość, że zmiana następuje.

W cytowanym przemówieniu McLuhan stwierdził między innymi, że “w środowisku utworzonym z elektrycznej informacji” współczesna mu młodzież “staje się przetwornikiem danych na ogromną skalę” i “pracuje ciężej niż jakiekolwiek dziecko we wcześniejszych ludzkich środowiskach – z tym, że jego praca polega na przetwarzaniu danych”. Już wtedy bowiem telewizja, będąca medium relatywnie nowym, angażowała więcej zmysłów odbiorcy niż jakiekolwiek medium wcześniej.

Gdy natomiast uświadomimy sobie jak powszechne obecnie są multimedia i jak często obcujemy z wieloma z nich w tym samym momencie, w pełni jasne stanie się dla nas twierdzenie kanadyjskiego uczonego mówiące, iż “zalewanie tubylców powodzią zjawisk, do których przyjęcia nikt ich nie przygotował, jest typową funkcją ekspansji współczesnej techniki” (źródło: Marshall McLuhan, “Zrozumieć media”). Łatwiej też będzie nam zrozumieć dlaczego w epoce, w której prawdopodobnie ostatecznie staniemy się panami własnej ewolucji, tak bardzo pragniemy powrócić do, bliżej nieokreślonej, natury i porządku jaki z nią się wiąże.

McLuhan określał te próby mianem “samoobronnych mechanizmów ucieczki”. Ich klasycznym przykładem jest ('/outbound/winciorek.pl');">niepokój Platona wywołany pismem czy wątpliwości Arystotelesa radzącego ufać świadectwu nagich zmysłów a nie urządzeniom technicznym. Podobną postawę, na pierwszy rzut oka, reprezentuje współczesny nam Dylan Evans – filozof nauki przekonany o tym, iż kluczem do szczęścia lub nawet przetrwania człowieka jest prymitywizm. Postuluje on “powrót do prostego życia w zgodzie z naturą” (”Z klatki do lasu”, “Forum” za “The Times”, 08.06.2006):

Ewoluowaliśmy przez trzy miliony lat. 99,9% tego czasu spędzaliśmy w małych grupach zbieracko-łowieckich, znających jedynie najprostsze przyrządy, takie jak np. łuki i strzały. (…) Dominujący dziś pogląd głosi, że nowoczesny styl życia jest dla nas najlepszy, ale moim zdaniem jesteśmy do niego fatalnie przystosowani. Żadna społeczność nie miała tyle wolnego czasu co grupy myśliwych i zbieraczy. Zdobycie i przygotowanie pożywienia zajmowało im średnio dwie godziny dziennie. Poza tym dużo spali, bawili się, kochali i snuli opowieści. Nie musieli pracować, by przetrwać; nie wiedzieli, co to hierarchia.

Tym co zmieniło świat idealizowanych przez niego grup myśliwych i zbieraczy była właśnie technika, która doprowadziła – w ramach ('/outbound/pl.wikipedia.org');">rewolucji neolitycznej – do nieodwracalnych zmian w ich środowisku. Dzięki nowym narzędziom dynamicznie rozwinęło się wówczas rolnictwo, wzrosła produkcja żywności, to zaś pozwoliło żyć wspólnie większym grupom ludzi zmieniając dominujący tryb życia i wszelkie jego aspekty. Idąc tym tropem Evans pragnie przeprowadzić eksperyment mający na celu stworzenie, pod pretekstem symulacji środowiska post-industrialnego, utopijnej osady odtwarzającej, na ile to możliwe, zasady, które rządziły światem człowieka dziesięć tysięcy lat temu.

W osadzie Evansa obowiązywać będzie zakaz oglądania telewizji i używania telefonów (choć co ciekawe możliwe będzie korzystanie z internetu). Wszystko to w imię czegoś co można określić mianem próby odnalezienia równowagi między naturą a techniką poprzez eliminację zbędnych bodźców i mediów. Według Evansa człowiek współczesny jest bowiem “jak dzikie zwierze wyrwane ze swego naturalnego otoczenia i zamknięte w klatce”. Podobnie nasze położenie wobec techniki obrazował McLuhan. Tym co wydaje się jednak odróżniać stanowisko kanadyjskiego badacza mediów od postulatów Evansa jest przekonanie, iż swoistym remedium na “paraliżujący” wpływ nowych mediów jest raczej dogłębne ich zrozumienie niż z nich rezygnacja:

W przeszłości skutki działań mediów dotykały nas stopniowo, pozwalając jednostkom i społeczeństwom zabsorbować i rozładować w pewnym zakresie ich wpływ. Dzisiaj, w elektronicznej epoce natychmiastowej komunikacji, sądzę, że przetrwanie, a przynajmniej nasze dobre samopoczucie i szczęście, jest uzależnione od zrozumienia charakteru naszego nowego środowiska, ponieważ w przeciwieństwie do dawnych zmian środowiska, elektryczne media wprowadzają powszechną i niemal natychmiastową transformację kultury, wartości i postaw. Taki nagły wstrząs sprowadza potężny ból i utratę tożsamości, co można złagodzić jedynie poprzez w pełni świadome uprzytomnienie sobie dynamiki tejże zmiany. Jeżeli pojmiemy te rewolucyjne transformacje wywołane nowymi mediami, to będziemy mogli je antycypować i kontrolować, jeśli jednak nadal będziemy trwać w podświadomym transie, to pozostaniemy ich niewolnikami.

ps. Planowany na lata 2007-2008 ('/outbound/www.dylan.org.uk');">eksperyment Evansa w żaden sposób nie stoi w sprzeczności z radami jakie pozostawił nam McLuhan – poniekąd jest wręcz odwrotnie. Eksperymentalna futurologia Evansa jest na swój sposób bowiem czymś co McLuhan określał mianem “antyśrodowiska” tudzież “kontrśrodowiska” a więc warunków niezbędnych do “zdania sobie sprawy z istnienia środowiska, w którym żyjemy oraz tych, które sami stwarzamy środkami technicznymi”, które jest “w okresie swego powstawania niedostrzegalne” a “staje się całkowicie dostrzegalne dopiero wówczas, gdy zostanie zastąpione nowym”:

W naszym postrzeganiu świata jesteśmy zawsze o krok w tyle. Ponieważ jesteśmy porażeni każdą nową techniką – która z kolei stwarza zupełnie nowe środowisko – robimy wiele, aby dawne środowisko stało się lepiej dostrzegalne. Czynimy tak, obracając je w formę sztuki i przywiązując się do przedmiotów i atmosfery, które je cechowały.

Konferencja Kultura 2.0

25 września 2006

W dniach 6-7 grudnia 2006 odbędzie się w Warszawie konferencja “Kultura 2.0. Media, sztuka, dziedzictwo – wyzwania cyfrowej przyszłości”. Wśród gości m.in. Alexander Bard, współautor ('/outbound/www.waip.com.pl');">“Netokracji” oraz ('/outbound/en.wikipedia.org');">prof. Henry Jenkins z MIT.

Więcej informacji ('/outbound/www.pwa.gov.pl');">tutaj i ('/outbound/kultura20.pl');">tutaj.